O'Neil Bell wygrał pierwsze starcie z Tomaszem Adamkiem. Polem bitwy była oficjalna konferencja prasowa poprzedzająca sobotnią walkę obu pięściarzy w katowickim "Spodku". Jej stawką będzie prawo walki o pas mistrza świata IBF w kategorii junior ciężkiej.
Jamajczyk był znacznie swobodniejszy niż Adamek, mówił więcej i agresywniej.
- Będę dążył do zwycięstwa przed czasem, by nie dać sędziom okazji do rozstrzygania o wyniku. Jednak gdyby nasz pojedynek trwał całe dwanaście rund, to apeluję do nich: bądźcie fair! Już raz, podczas swojej jedynej walki w Europie, zostałem przez nich pozbawiony tytułu mistrza i nie chcę, by to się powtórzyło - oświadczył Bell. Adamek o arbitrach nie wspomniał, podkreślał natomiast swoje świetne przygotowanie do sobotniego starcia.
- Jak się zacznę bać, to skończę karierę. Już nie raz słyszałem takie wypowiedzi - krótko skomentował pogróżki Bella o szykowanym nokaucie. - Przepracowaliśmy okres przygotowawczy zgodnie z planem, miałem dobrych sparing-partnerów, czuję się silny - dodał gilowiczanin.
Najgorętsza wymiana ciosów miała miejsce na tle... politycznym. Zapytany o pozasportowe pasje Jamajczyk wygłosił polityczną tyradę o walce o wolność i świat bez przemocy, krytykując m.in. obecność amerykańskich żołnierzy w Afganistanie, gdzie "pilnują pól opium, albo robią coś podobnego". Odniósł się też do sytuacji Tybetu.
- Szanuję Dalajlamę i wierzę, że w Chinach można przeprowadzić zmiany na drodze dialogu. Przecież wy też obaliliście komunizm bez przelewu krwi - mówił Bell, dodając, że gdyby był olimpijczykiem, to na igrzyska do Pekinu na pewno by pojechał.