W sobotni wieczór w Las Vegas doszło do walki, na którą miłośnicy boksu długo czekali. Uznawany za najlepszego boksera bez podziału na kategorie Manny Pacquiao niespodziewanie pokonał faworyta i żywą legendę boksu Oscara De La Hoyę.
Niespodzianką nie jest samo zwycięstwo Pacquiao w walce ze "Złotym chłopcem", ale jej przebieg. Filipińczyk po prostu zdemolował De La Hoyę. O ile pierwsza runda była jeszcze wyrównane to w kolejnych przewaga popularnego" Pac-Mana" była niepodważalna.
Od początku walki Pacquiao kontrolował przebieg pojedynku. Filipińczyk był wyraźnie szybszy od wyższego i cięższego De Le Hoyi. "Pac-Man" co chwile zasypywał amerykańskiego (meksykańskiego pochodzenia) boksera. Pod koniec piątej rundy rozluźniony i pewny siebie Filipińczyk wyprowadził kilkanaście serię ciosów, które lądowały na głowie De Le Hoyi. Kolejne rundy miały podobny przebieg, dominował Pacquiao, a Oscar nie potrafił znaleźć recepty na niewiarygodnie szybkiego boksera z Filipin. Po gongu kończącym ósme starcie do narożnika De Le Hoyi podszedł sędzia ringowy Tony Weeks i poinformował "Złotego chłopca", że jeśli dziewiąta runda będzie miała podobny przebieg to przerwie pojedynek. Nie musiał jednak tego czynić ponieważ narożnik De Le Hoyi poddał swojego boksera rzucając ręcznik na znak poddania.
"Nie miałem już nic, byłem bez sił" - przyznał 35-letni pięściarz. "Szybkość była kluczem w tym pojedynku. Nie jestem zaskoczony wynikiem. Przygotowywałem się w ten sposób, aby kontrolować walkę od początku. Jestem szczęśliwy, że mogę zadedykować to zwycięstwo Filipinom" - skomentował Pacquiao, aktualny mistrz świata w wadze lekkiej WBC.
35-letni de la Hoya, dziesięciokrotny mistrz świata w sześciu różnych kategoriach wagowych, poniósł szóstą, ale prawdopodobnie najbardziej dotkliwą porażkę w karierze. "Nie jestem zszokowany. Czuję się OK." - dodał de la Hoya. Zapytany, czy była to jego ostatnia walka w karierze, odpowiedział lakonicznie: "Poczekamy, zobaczymy".